Jestem na kilka dni w Polsce i może dlatego umknęła mi ta ważna data. Ta, którą co roku opatruję choć krótkim wpisem.
7 września minęło mi 11 lat na emigracji. Obliczyłam sobie, że to 29% mojego życia. Ja, która dorastając patrzyłam na moją Siostrę mieszkającą w Anglii, a potem Irlandii, i nie mogłam pojąć jak ktoś mógłby wyjechać z Polski do obcego kraju całkiem sam – ja w 2015 roku spakowałam się w jedną walizkę (czerwoną, mam ją do dziś) i przyleciałam na Islandię.
Ludzie mnie pytają czasem, czy myślę o powrocie do Polski. Tak, myślę. Jak chodzę po polskim lesie jesienią, jak słucham jeleni na rykowisku, jak siedzę przy stole u Rodziców i jem śliwki z ich sadu, jak pielę z Siostrą w ogródku przy jej nowym domu – to myślę.
W Polsce dużo ważnych rzeczy jest blisko. Rodzina jest blisko. Znajome smaki są blisko. Moje korzenie są blisko, bardzo blisko.
Tylko że 11 lat, 29% życia, to bardzo, bardzo dużo czasu. Już od kilku lat jest za późno, czuję to. Za późno, żeby sobie tak po prostu wrócić i być. Islandia we mnie wrosła mocno, stabilnie. Też jest blisko, bardzo blisko serca. I moje życie zawsze już będzie pomiędzy. Zawsze, niezależnie od tego czy będę tu czy tu – będę tęsknić.
Tego mi nikt nie powiedział 11 lat temu. Na to mnie nikt nie przygotował – że życie na emigracji, nie tej zarobkowej, kiedy wiesz na 100% że wrócisz, tylko tej osiedleńczej, to często życie w rozkroku. W tęsknocie.
Część przyjaciół tu, część tam. Część życia zawodowego, (przynajmniej w moim przypadku) tu, część tam. Część moich marzeń i planów jest tu, a część tam. Część swojej przyszłości widzę tu, a część tam.
Dlatego pozwalam sobie fantazjować, że jest sposób. Że zamiast tego rozkroku może być most pomiędzy życiami. Taki, który łączy te życia w jedno, bo to przecież jest jedno życie – moje dobre, błogosławione życie. Nie wiem jaki to mógłby być most i nie wiem czy to możliwe, czy to tylko moje fantazje.
A póki co – dziś wsiądę w samolot do domu. Jak wyląduję, to będzie jeszcze jasno, ale potem czeka mnie wielogodzinna podróż samochodem. I kiedy wysiądę w moim Arnarstapi, to będzie już pewnie noc. A ja wezmę głęboki wdech i poczuję ten znajomy zapach oceanu, zapach domu, i pomyślę sobie, że nigdy nie chcę stąd wyjeżdżać.
A chwilę potem rozkrok da o sobie znać.
